Promienie słońca oświetlały delikatnie jej twarz. Było tuż po burzy, więc powietrze było rześkie i słaby wietrzyk chłodził jej czoło. Sprawdzała się stara jak świat maksyma, że po burzy zawsze wychodzi słońce.
W dali słychać było śpiew porannych ptaków, może kosów, może skowronków. Słońce rozświetlało łąkę przed jej oczyma. Nie zważając na chłód poranka, zdjęła swe drogie, skórzane szpilki od Donny Karan i postawiła gołą stopę na mokrej trawie. Weszła na skąpaną w rosie łąkę, pełną niezapominajek, żółtych kaczeńców i białych margaretek, wokół panowała idealna cisza. Podeszła po trawie, jak po miękkim, nieco wilgotnym dywanie do wielkiego dębu, który rósł za głównymi zabudowaniami. W jego cieniu usiadła na dużym kamieniu. Podciągnęła bose stopy, schowała je pod kwiecistą spódnicę. Głowę położyła na kolanach i obserwowała ten cud przyrody, rosę na trawach, ferie barw, małe pajączki, które z upodobaniem plotły swe pajęczyny w zagłębieniach kory drzewa. Wszystko tchnęło spokojem i zwyczajnością, a tego właśnie potrzebowała.
Copyright @ 2010 Pająki